Archiwum kategorii: Tematyka społeczna

Łódź

Ciąży sercu troska i pieśń,
troskę w sercu ukryj i nieś,
pieśń jak kamień podnieś i rzuć.
W dymach czarnych budzi się Łódź.

Wyją syreny, wyją co rano,
grożą pięściami rude kominy,
w cegłach czerwonych dzień nasz jest raną,
noc jest przelaną kroplą jodyny,
niechaj ta kropla dzień nasz upalny
czarnym – po brzegi – gniewem napełni –
staną warsztaty, staną przędzalnie,
śmierć się wysnuje z motków bawełny…

Troska iskrą w sercu się tli,
wiele w sercu ognia i krwi –
dymem czarnym musi się snuć
pieśń, nim iskrą padnie na Łódź.

Z ognia i ze krwi robi się złoto,
w kasach pękatych skaczą papiery,
warczą warsztaty prędką robotą,
tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery,
im – tylko radość z naszej niedoli,
nam – na ulicach końskie kopyta –
chmura gradowa ciągnie powoli,
stanie w piorunach Rzeczpospolita.

Ciąży sercu wola i moc,
rozpal iskrę, ciśnij ją w noc,
powiew gniewny wciągnij do pluć –
jutro inna zbudzi się Łódź.

Iskra przyniesie wieść ze stolicy,
staną warsztaty manufaktury,
pójdzie Piotrkowską tłum – robotnicy,
ptaki czerwone fruną do góry!
Silnym i śmiałym, któż nam zagrodzi
drogę, co dzisiaj taka już bliska?
Raduj się, serce, pieśnią dla Łodzi,
gniewną, wydartą z gardła konfiskat.

Dąb

Idę sobie zamaszyście
i opada ze mnie życie jak jesienne liście.
Jakie liście? – dębu, brzozy, topoli,
ale to boli.

No cóż? było kilka miłości
i trwoga, i noce bezsenne,
było dużo tkliwości i złości,
wszystko zmienne.

No i lecą liście, liście,
a każde: imię.
Powiedz je uroczyście,
wymień.

Ach, nie! To już nagie gałęzie
chwytliwe.
Kiedy serce i myśl na uwięzi,
jak być szczęśliwym?

I ostał się pień nagi,
nad nim zamieci kłąb.
Odwagi!
To ja – dąb.

Kasztan

Za oknem stał kasztan, i pąki pęczniały,
choć śnieg na nich leżał puszysty i biały.
O świcie pochmurnym, o zmierzchu półsennym,
na lwowskiej ulicy pod murem więziennym
stał kasztan. Był marzec. Już śniegi topniały.

Jak często myślałem: nim wrócę do miasta,
już pewnie listowiem okryje się kasztan,
i pąki, sokami wezbrane, wystrzelą,
zabłysną, oślepią zielenią i bielą –
bo wiosna tak samo jak wolność narasta.

O wiosno… Kto walczą uchodził sopd gromu,
kto dom swój postradał i drogę do domu,
ten nie wie, co począć ze swoją rozpaczą,
i łzami się dławi, bo oczy nie płaczą,
i milczy – bo jakże to mówić i komu?

Więc kasztan, pieszczony codziennym spojrzeniem,
był świadkiem jedynym i stał pod więzieniem.
Ta przestrzeń niewielka od krat do gałęzi
trzymała i rozpacz i krzyk na uwięzi.
I była nadzieją. I była marzeniem.

Jak wolno mijały tygodnie, miesiące,
wśród troski okrutnej, wśród nudy dręczącej,
bez wieści od bliskich, bez słów, bez otuchy –
aż przeszły nareszcie marcowe podmuchy
i złotem na kraty rzuciło się słońce!

Był więzień, co nie mogł spać nocą wiosenną,
na twardej podłodze spoczywa wraz ze mną
i zrywał się w nocy, do okna się skradał,
chwytając za kraty z gwiazdami coś gadał
milczeniem – tą mową serdeczną, tajemną.

A wiosna wdzierała się dalą błękitną
do oczy stęsknionych i moc nieuchwytną
sączyła w korzenie, gałęzie, pąkowie
kasztanu – aż noocą majową przed nowiem
spełniało się dzieło – to kasztan rozkwitnął!

Więc więzień bezsenny usłyszał pękanie
tych kwiatów i zerwał się, półobłąkany,
do okna poskoczył, kratami zatargał,
rozbudził nas – (pianę miał białą na wargach) –
i krzyczał słowami ciężkimi jak kamień:

„Słuchajcie, to rwą się granaty nad Lwowem,
to huczą armaty, to krokiem miarowym
nadciąga piechota, a dalej po bruku
to czołgi łoskoczą, poznaję po stuku,
i słyszę, jak dudnią ułańskie podkowy…

Po niebie eskadra drapieżnie już krąży…
Ja muszę dołączyć… Jak serce mi ciąży…
Tam na mnie czekają… tam wiosna… tam bitwa…”
I biel kasztanowa zuchwale rozkwitła
za kratą więzienną… I padł podchorąży.

Ja nigdzie nie czułem powiewów tak słodkich,
jak wtedy w więzieniu… Gdy piszę te zwrotki,
wspominam młodego żołnierza, i w ciszę
wiosenną wsłuchując się, raz jeszcze słyszę:
„Ujdi, zakliuczonnyj, ujdi ot rieszotki!”

Most Poniatowskiego

Drogi zburzone,
miasta w ruinie,
historia
gnie nas i łamie,
lecz-„nie zginęła”,
nigdy nie zginie,
my ją dźwigniemy
sami!

Sterczą pod niebo gruzy Warszawy,
wre robota nad rumowiskiem.
Z gruzów zwycięstwa,
z odłamków sławy
most budujemy
przez Wislę.

Lud,
co przed wrogiem karku nie schylał,
dżwiga
za przęsłem przęsło.
Filar pod niebo!
Łuki na filar!
Wzwyż!
W dal!
W socjalizm!
W zwycięstwo!

Most – narodowi,
roboczym masom,
niech przezeń przejdą
wojskiem.
Trzeba zapału,
trudu i czasu.
Most budujemy:
Polskę.

Troska i pieśń

Może nic w tym życiu nie będzie?
Jeszcze rok, jeszcze dwa, jeszcze X…
Moich myśli czarne łabędzie
odpływają Wisłą na Styks.

Ja wiedziałem, co sercem gryźć mam,
jakim ciosom nadstawić pierś,
nie rachunkiem, nie sylogizmem
budowałem życie i wiersz.

Ale troska jak rdza przeżarła
mojej piersi serdeczną moc,
tylko krzyk ściśniętego gardła
głucho ciemną przeszywa noc.

Lecz w tym krzyku zostanę młodym.
Jeśli grom – niechaj trafia mnie!
Temu światu ja się nie poddam,
temu światu ja krzyknę: nie!

Targowisko

Płacz, moja muzo piękna,
pocieszycielko strapionych!
Oto mi serce pęka
w dalekich i obcych stronach.

Mój pokój jak namiot się wzdyma
gniewnym oddechem, serca łoskotem,
a rozum każe: wytrzymać,
a serce pyta: co potem?

Ja niewolnica naga,
oto jesteśmy na targu,
bicz historii nas smaga,
słowo zamiera na wargach.

Możni pytają: „ile?”,
stręczy historia – rajfurka,
a przecież my -Termopile,
huk dział i motorów furkot!

A przecież to myśmy pierwsi
Winkelriedy pośród narodów,
we własne zebrali piersi
ostrze wrażego pochodu.

Wyją wkoło nas hieny,
wzmaga się gwar targowiska,
ale nikt nie odgadnie ceny
naszej krwi i naszego nazwiska.

Runą jedne potęgi,
inne przytłoczą nam piersi,
a my sięgniemy po Księgi,
ktore uczą życia i śmierci,

i z Świtezi wyłonią się toni
zatopieni rycerze i grody,
i Dzwon zadzwoni,
aby słyszały narody,
i przyjdą, i ziemię odmierzą
zmartwychwstałe wojska…


Nie opuści cię, polski żołnierzu,
tylko poezja polska.

Rozmowa z historią

Mistrzyni życia, Historio,
zachciewa ci się psich figlów:
zza kraty podgląda Orion,
jak siedzimy razem na kiblu.

Opowiadasz mi stare kawały
i uśmiechasz się, na wpół drwiąca,
i tak kiblujemy pomału –
ty od wieków, ja od miesiąca.

O Nieśmiertelna, skądże
ta skłonność do paradoksów,
i powiedz mi – czy to mądrze
całemu światu krew popsuć?

Bo skoro na całym świecie,
jak nie wojna, to stan wojenny –
Historio, powiedz mi przecie:
po diabła tu kiblujemy?

Rewolucyjny poeta
ma zginąć w tym mamrze sowieckim?!
Historio, przecież to nietakt,
ktoś z nas po prostu jest dzieckiem!

Wiec wstydź się, sędziwa damo,
i wypuść z Zamarstynowa…
(Na kryminał zaraz za bramą
zasłużymy sobie od nowa).

Ksaweremu Pruszyńskiemu

Robotnik z Radomia

Nie wiem, co to poezja,
nie wiem, po co i na co,
wiem, że czasami ludzie
czytają wiersze i płaczą.

a potem sami piszą,
mozolnie i nieudolnie,
by od dławiącej ciszy
łkające serce uwolnić.

A kiedy synka stracił
pewien robociarz z Radomia,
o wierszu pomyślał z płaczem
i list napisał do mnie:

„Chłopczyk był śliczny jak róża,
dobre, kochane dziecko…
Wierszyk niech będzie nieduży,
nie religijny-świecki…”

Nie wiem, co to poezja,
jest w niej coś z laski Mojżesza:
strumień dobędzie ze skały,
umie zabijać i wskrzeszać.

Poród

Poród? cóż! poboli, poboli,
pomęczy się żeńskie ciało,
a z niego powoli, powoli
wyjdzie coś i będzie krzyczało.

Będą owijali w pieluchy,
poślą do szkoły –
a wtedy, duchy –
sokoły!

Poślęczy nad Mickiewiczem,
uwielbi Słowackiego
i powie: „Jestem niczem,
nic z tego…”

Potem podrośnie,
będzie pisał miłośnie,
niekoniecznie o Maryli, Ludwice.
„Nie kocha…jestem niczem”.

A wtedy gwiazda zabłyśnie,
czoło uwieńczy
i jak ze skały wytryśnie
wiersz młodzieńczy.

To poród bolesny bardziej
niż dziecko zrodzić.
A ja myślę coraz hardziej:
zawsze się mogę odmłodzić.

Maria

Siedzisz w kuchni, liczysz kartofle:
przy tobie brat, starszy:
rachunek w sklepiku, podarte pantofle:
nie starczy…
W dzień sprzedajesz mydełka, po znajomych, po obcych
(dlaczego przestali być mili?).
„Nie trzeba? Do widzenia.” I znajdziesz się w kropce:
do innych zadzwonisz po chwili.

Wieczorem kelnerka. „Pół czarnej?”, „Pół czarnej.”
Podasz i chwilę spokój.
Stoisz ze sztucznym uśmiechem i z charme’em,
i z łezką w oku.

Może w nocy przyjdzie Gestapo?
Wstaniesz blada, z płaczącą córką,
kiedy będą plugawą łapą
przetrząsać moje biurko.

Co ta wojna w tobie zabiła?
Nie ma mnie, nie ma teatru…
Wołam do ciebie, miła,
wołaniem wiatru.

Człowiek, to brzmi dumnie

„Słowo człowiek-to dźwięczy dumnie!”
powtarzamy za wielkim Maksymem.
A tu coraz ktoś w pysk cię zasunie
i powtarza, że jesteś psim synem.

Cóż tu robić takim gagatkom
w czekistowskim mrocznym zajeździe?
Więc pomódlmy się, klnąc w waszą matkę,
wypłowiałej czerwonej gwieździe.

Bar „Pod zdechłym psem”

Zanim się serce rozełka
-czemu? -a bo ja wiem?-
warto zajrzeć do szkiełka
w barze „Pod Zdechłym Psem”.

Hulał po mieście listopad,
dmuchał w ulice jak w flet,
w drzwiach otwartych mnie dopadł,
razem do baru wszedł.

„Siadaj, poborco liści,
siewco zgryzot wieczornych!
Czemuś drzew nie oczyścił?
Kiepski z ciebie komornik.

Lepiej by z trzecim kompanem…
Zresztą – można i bez…”
Ledwiem to rzekł, już stanął
trzeci mój kompan: bies.

„Czym to ja się spodziewał
pić z takimi jak wy?
Pierwszy będzie mi śpiewał,
drugi będzie mi wył.

Cyk! kompania! Na zdrowie!
Pijmy głębokim szkłem.
Ja wam dzisiaj o sobie opowiem
w barze „Pod Zdechłym Psem”…”

I poniosło, poniosło, poniosło
na całego, na umór, na ostro.
I listopad pijany, i bies,
a mnie gardło się ściska od łez.

I poniosło, poniosło, poniosło,
w sali uda o uda trze fokstrot,
wkoło chleją, całują się, wrzeszczą,
nieprzytomnie, głupawo, złowieszczo,

przetaczają się falą pijaną,
i tak – do białego dnia…
Milcząc pijemy pod ścianą
diabeł, listopad i ja.

„Diable, bierz moją duszę,
jeśli jej jesteś rad,
ale przeżyć raz muszę
moje czterdzieści lat.

Daj w nowym życiu, diable,
miłość i śmierć, jak w tem,
wiatr burzliwy na żagle,
myśl – poza dobrem i złem.

Znów będę bił się i kochał,
bujnie, wspaniale żył.
Radość, a nie alkohol,
wlej mi, diable, do żył…”

Diabeł był w meloniku,
przekrzywił go: „Żyłeś dość,
to dlatego przy twoim stoliku
siedzimy: rozpacz i złość.

Głupioś życie roztrwonił.
Życie – to jeden haust.
Słyszysz, jak kosą dzwoni
stara znajoma, Herr Faust?

Na diabła mi dusza poety
– tak diabeł ze mnie drwi –
w wiersześ wylał, niestety,
resztki człowieczej krwi…”

Zniknęli czort z listopadem,
rozwiali się – gdzie?- bo ja wiem?
a ja na podłogę padam
w barze „Pod Zdechłym Psem”.

Szumi alkohol i wieczność…
Mruczą: „Zalał się gość…”
A ja: „Zgódźcie na Drogę Mleczną
taksówkę… Ja już mam dość…”